Ślub w plenerze | Beata i Wiktor

Wiecie na co przyszła pora? Na zupełnie świeżutki wpis na mojej – uwaga, uwaga! – nowej stronie. Jednym z premierowych tekstów okaże się, czego sami za chwilę doświadczycie, sesja ślubna Beaty i Wiktora. Zapraszam do lektury!

Sesja ślubna Beaty i Wiktora miała miejsce w niezwykłych okolicznościach, bowiem Hotel Centuria położony w samym środku lasu, co nadaje mu unikatowego charakteru, a i pozwala na realizację ciekawych pomysłów fotograficznych. Rozpocząłem tradycyjnie: w ramach przygotowań zostały wykonane zdjęcia dodatków ślubnych w apartamentach (w tej właśnie kolejności i, jak wiadomo, oddzielnie) przyszłych Nowożeńców. Wszystko zorganizowane w taki sposób, by Młodzi nie mieli możliwości zobaczyć się bezpośrednio przed ślubem. Ważną częścią, szczególnie dla przedstawicielek płci pięknej, jest… Nie inaczej, makijaż ślubny. W przypadku Beaty nad jej weselnym lookiem czuwał cały sztab ludzi. Zabiegom upiększającym towarzyszyli szampan i fotograf w mojej osobie, który dokumentował wspaniałe metamorfozy mające tam miejsce. Wiktor natomiast postawił na charakterystyczną dla mężczyzn prostotę – do pomocy w ubraniu wystarczyła pomoc świadka Diabeł tkwi w szczegółach, stąd nie zabrakło ujęć, w których główną rolę zagrały dodatki. Przyszły Pan Młody użył ich, by podkreślić nienaganność swego ubioru. Obiektyw dostrzegł nie tylko pasek, modne spinki i dobre perfumy, ale przede wszystkim elegancki garnitur. Panna Młoda pozwoliła sobie na bardziej spektakularne podejście do tematu. Smaczku dodał pierścionek zaręczynowy, ale mało tego: pojawiły się również obrączki ślubne! Jeśli w tym działaniu doda się jeszcze, a tak było, zjawiskową suknię ślubną, to wynik może być tylko jeden: prawdziwy kosmos!

Przed błogosławieństwem wraz z operatorem kamery zaaranżowałem spotkanie Pary Młodej bezpośrednio w apartamencie małżeńskim, w którym Wiktor obdarował swoją Wybrankę bukietem ślubnym. Uwielbiam fotografować to „pierwsze” spotkanie. Efekt zawsze jest zdumiewający, szczery i naturalny. Jest w tej tradycji (mowa o błogosławieństwie) coś nieustannie wzruszającego. To połączenie poszanowania historii i obyczaju, który mimo zmieniających się mód i pędzącego do przodu świata (coraz bardziej zaawansowanego cyfrowo i technologicznie) pozwala nam nie zapominać, skąd się wywodzimy i dokąd zmierzamy. 

Sama ceremonia zaślubin okazała się już przemyślanym spojeniem nowatorskiego podejścia i tradycji w jej najlepszej wydaniu. Ślub odbył się w Ogrodzieńcu – w skalnej kaplicy na świeżym powietrzu. Całość wyglądała niezwykle estetycznie, co dla fotografa nie pozostaje, rzecz jasna, obojętne. Do ołtarza prowadził bowiem długi, biały dywan, po którym stąpali najważniejsi Bohaterowie tego dnia. Czytania taty Beaty nie zakłócił nawet silny i porywisty wiatr, co dodało tej sytuacji pewnego symbolicznego wymiaru. Mimo że wszyscy znamy scenariusz ślubu i treść przysięgi małżeńskiej, to za każdym razem jest to moment wywołujący prawdziwe wzruszenie. Skłamałbym, gdybym powiedział, że tym razem było inaczej: nie było. Roześmiane, szczęśliwe twarze Małżonków, ale i ich gości stworzyły niezapomniany kolaż zdjęciowy. Kiedy dopiero co świeżo upieczeni Nowożeńcy opuszczali mury świątyni, w hotelu wszyscy się spieszyli, by zdążyć na przyjazd Pary Młodej.

 

Wesele rozpoczęło się tak, jak to się dzieje w filmach Hitchcocka: od trzęsienia ziemi! Beatę i Wiktora powitały wybuchy konfetti, rzucane drobne i bańki mydlane. Wszystko to po królewsku, bo na czerwonym dywanie, który prowadził do eleganckich wnętrz kompleksu. Wszyscy bawili się wyśmienicie do białego rana. Zapowiedzią hucznej zabawy tak naprawdę stał się już pierwszy taniec. Taniec, którego nie powstydziłby się zawodowiec! Resztę wieczoru wypełniły liczne zabawy weselne. Interesującym doświadczeniem były przemowy przyjaciół Beaty i Wiktora, którzy w ciepłych słowach wypowiadali się o Młodych. A wszystko to dyskretnie dokumentowane przez bezszelestnego fotografa, którego zadaniem jest sprawić, by do takich niepowtarzalnych chwil było można wracać nie przez lata, ale dekady. 

W kilka dni po weselu udało nam się wspólnie zrealizować sesję poślubną w plenerze. Wybór padł na Bielsko-Białą, gdzie pośród wąskich uliczek łapaliśmy ostatnie promienie słońca. Mogę śmiało uznać, że reportaż bardzo się udał, ale przecież sami możecie to sprawdzić. W najnowszym wpisie będzie dużo gry światłem, miejskiego wydźwięku i ogromu miłości – zapraszam.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.